środa, 3 września 2014

Toast pod Krywaniem

65 lat ma moja mama. Dzisiaj ma urodziny. Kilka dni temu świętowała już pod Krywaniem, najwyższym szczytem Słowacji. Towarzyszył jej mąż. Lat 70.



Ten post będzie nietypowy, bo nie o mnie, a o mojej mamie. Kobiecie niezwykłej, która zaskoczyła mnie swoim postępowaniem. Patrząc na nią mogę powiedzieć: zazdroszczę.
Nie wyjeżdżała prawie nigdzie, nad Bałtyk - ze swoich Beskidów - dojechała może z raz albo dwa. Za kadencji mojego dzieciństwa nigdy. Szaleństwem były wyjazdy do rodzinki czy do Czech (nie, nie gdzieś typu Praga, Morawy czy inne Unesco cuda – Czechy to był wtedy dla niej Czeski Cieszyn, najdalej Frydek-Mistek, kawałek za pobliską granicą).
Kilka lat temu przeszła na emeryturę. Zwiedziła ze mną Kraków w środku zimy. Odważyła się i wsiadła w rejsowy autobus do Grecji. Miała motywację – odwiedzić mieszkające tam córki.
A potem nieśmiało zakręciła się wokół lokalnego biura turystycznego organizującego wycieczki po Polsce i Europie, najczęściej weekendowe. Zobaczyła Wiedeń, Bratysławę, Pragę, większość regionów Polski. Nie słyszę od niej: - Nie byłam, żałuję. Tylko: - Wiesz co, chyba się zapiszę na…, bo tego jeszcze nie widziałam.
Nie, żeby Wam się wydawało, że babcia poszła w tango i teraz szaleje po świecie – dosłownie. Na to nie pozwala jej emerytalna pensja. Ale i tak korzysta z czego tylko może.
Jak ona wyszła w te Tatry Słowackie?
Droga była długa. Zaczęła się z milion lat temu, kiedy mój tato zabierając nas – dzieciaki na wycieczki górskie po Beskidach angażował do tego także swoją żonę. Więc jakby nie było przygotówkę w niej wyrobił, chociaż wtedy nie powiedziałabym, że góry to jej pasja. Tuptała po nich raczej z przyzwyczajenia.
Jakieś 3 lata temu znalazłam namiary na miejscowe koło PTTK dla seniorów. Odprowadziłam ją pod drzwi klubu, w rękę wcisnęłam rączkę malutkiej wnuczki i poszły. Maja była świadkiem, jak babcia wpisała się na listę zrzeszonych turystów.
Kiedy jakiś czas temu powiedziała mi, że zapisała się na wycieczkę na Krywań zatkało mnie. Z wrażenia. Moje osiągnięcie to Babia Góra, a jestem połowę od niej młodsza.
Wycieczka wypadała w okolicach 65 urodzin mamy. Zawiozłam jej więc dobre czekoladki i butelkę cydru, żeby urządziła górską imprezkę dla koleżanek.
W dniu wyjścia odezwała się dopiero późnym wieczorem. Nie dałam poznać, że byłam blada i spanikowana ze strachu o nią. Pogratulowałam, wysłuchałam opowieści (info dla ciekawskich: z podejścia na szczyt rodzice zrezygnowali. Było ulewnie i jak dla nich zbyt ryzykownie. Zatrzymali się na wysokości ponad 2100 m n.p.m.)
Patrzę w błyszczące radością oczy mamy. Wiem, że w dniu wyjścia na Krywań dużo się śmiała. W górach ma wokół siebie emerytów pasjonujących się czołganiem po jaskiniach, skokami ze spadochronem i lataniem po egzotycznym świecie.Wiem, że wśród nich czuje się dobrze.
Dbamy o dzieci, stymulujemy rozwój. Żłobki, przedszkola, zajęcia takie, śmakie i owakie, warsztaty, lekcje tego i tamtego. A nasi rodzice? Ci na emeryturze? Im też potrzeba bodźców.
Niech te nasze kochane dziadki mają nie tylko szacunek nasz i wnuków za opiekę i wychowanie. Niech mają też nasz podziw. To daje im powera.

Tekst: Agnieszka Zakrzewska Sztuczka
Zdjęcia: źródło Pinterest

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz