65 lat ma moja mama. Dzisiaj ma urodziny. Kilka dni temu świętowała już pod
Krywaniem, najwyższym szczytem Słowacji. Towarzyszył jej mąż. Lat 70.
Ten post będzie nietypowy, bo nie o mnie, a o mojej mamie.
Kobiecie niezwykłej, która zaskoczyła mnie swoim postępowaniem. Patrząc na nią mogę powiedzieć: zazdroszczę.
Nie wyjeżdżała prawie nigdzie, nad Bałtyk - ze swoich
Beskidów - dojechała może z raz albo dwa. Za kadencji mojego dzieciństwa nigdy.
Szaleństwem były wyjazdy do rodzinki czy do Czech (nie, nie gdzieś typu Praga,
Morawy czy inne Unesco cuda – Czechy to był wtedy dla niej Czeski Cieszyn,
najdalej Frydek-Mistek, kawałek za pobliską granicą).
Kilka lat temu
przeszła na emeryturę. Zwiedziła ze mną Kraków w środku zimy. Odważyła się i
wsiadła w rejsowy autobus do Grecji. Miała motywację – odwiedzić mieszkające tam
córki.
A potem nieśmiało zakręciła się wokół lokalnego biura
turystycznego organizującego wycieczki po Polsce i Europie, najczęściej weekendowe.
Zobaczyła Wiedeń, Bratysławę, Pragę, większość regionów Polski. Nie
słyszę od niej: - Nie byłam, żałuję. Tylko: - Wiesz co, chyba się zapiszę na…, bo tego
jeszcze nie widziałam.
Nie, żeby Wam się wydawało, że babcia poszła w tango i teraz
szaleje po świecie – dosłownie. Na to nie pozwala jej emerytalna pensja. Ale i tak korzysta z czego
tylko może.
Jak ona wyszła w te Tatry Słowackie?
Droga była długa. Zaczęła się z milion lat temu, kiedy
mój tato zabierając nas – dzieciaki na wycieczki górskie po Beskidach angażował
do tego także swoją żonę. Więc jakby nie było przygotówkę w niej wyrobił,
chociaż wtedy nie powiedziałabym, że góry to jej pasja. Tuptała po nich raczej
z przyzwyczajenia.
Jakieś 3 lata temu znalazłam namiary na miejscowe koło PTTK
dla seniorów. Odprowadziłam ją pod drzwi klubu, w rękę wcisnęłam rączkę
malutkiej wnuczki i poszły. Maja była świadkiem, jak babcia wpisała się na
listę zrzeszonych turystów.
Kiedy jakiś czas temu powiedziała mi, że zapisała się na wycieczkę na Krywań zatkało
mnie. Z wrażenia. Moje osiągnięcie to Babia Góra, a jestem połowę od niej młodsza.
Wycieczka wypadała w okolicach 65 urodzin mamy. Zawiozłam jej więc dobre czekoladki i butelkę cydru, żeby urządziła górską imprezkę dla koleżanek.
Wycieczka wypadała w okolicach 65 urodzin mamy. Zawiozłam jej więc dobre czekoladki i butelkę cydru, żeby urządziła górską imprezkę dla koleżanek.
W dniu wyjścia odezwała się dopiero późnym wieczorem. Nie dałam poznać,
że byłam blada i spanikowana ze strachu o nią. Pogratulowałam,
wysłuchałam opowieści (info dla ciekawskich: z podejścia na szczyt rodzice zrezygnowali. Było ulewnie
i jak dla nich zbyt ryzykownie. Zatrzymali się na wysokości ponad 2100 m n.p.m.)
Patrzę w błyszczące radością oczy mamy. Wiem, że w dniu wyjścia na Krywań dużo się śmiała. W górach ma wokół siebie emerytów pasjonujących się czołganiem po jaskiniach, skokami ze
spadochronem i lataniem po egzotycznym świecie.Wiem, że wśród nich czuje się dobrze.
Dbamy o dzieci, stymulujemy rozwój. Żłobki, przedszkola,
zajęcia takie, śmakie i owakie, warsztaty, lekcje tego i tamtego. A nasi
rodzice? Ci na emeryturze? Im też potrzeba bodźców.
Niech te nasze kochane dziadki mają nie tylko szacunek nasz
i wnuków za opiekę i wychowanie. Niech mają też nasz podziw. To daje im powera.
Tekst: Agnieszka Zakrzewska Sztuczka
Zdjęcia: źródło Pinterest

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz