niedziela, 13 lipca 2014

Kemping we Włoszech



Zorganizowaliśmy pierwszy rodzinny wyjazd pod namiot. Dwunastodniowy :). Maja pojechała ze złamaną ręką, Milena przeziębiona. Był kryzys i miałam ochotę wysłać dzieci do babci. Nie odpoczęłam fizycznie, wróciłam zmęczona i niewyspana.
Ale za to zobaczyliśmy kawał pięknego świata. Nauczyłam się znów nowego o mojej rodzinie. Widziałam, jak pomysłowe i mądre potrafią być dzieci, jak potrafią nowe przyjmować naturalnie. Jestem już bogatsza o doświadczenia pierwszaka. 




W czasach studenckich i przeddzieciowych braliśmy namiot, plecaki i jechaliśmy poznawać. Podróżowaliśmy autostopem, lokalnymi autobusami, pociągami. Bywało, że będąc w kraju nadmorskim w ciągu 3 tygodni wpadaliśmy na plażę tylko na kilkanaście godzin. Rajcowało nas zwiedzanie, oglądanie – chcieliśmy zobaczyć WSZYSTKO, by nie zostawało wrażenie, ze jeszcze kiedyś trzeba tam wrócić.
Takiego podróżowania chcemy nauczyć dzieci. Zadanie trudne, zdajemy sobie z tego sprawę. Mam nadzieję, że nam się uda. Że sprawdzimy się jako przewodnicy, towarzysze wypraw, rodzice. Że zostawimy fajne wspomnienia, dobrą atmosferę, radość i frajdę.

WYBÓR
Wahaliśmy się gdzie jechać – północ (Skandynawia) czy południe (morze).
Południe wygrało ze względu na klimat. Po pierwsze jest ciepło, po drugie są morza. Wybraliśmy Włochy, bo we Włoszech życie campingowe jest popularne, świetnie zorganizowane i łatwe :).

PLAN
1. Przyjeżdżamy do bazy pierwszej (w okolicy Wenecji) na zaklepane już noclegi i byczymy się 3 dni, żeby odpocząć po kilkunastogodzinnej podróży oraz od codzienności wleczonej jeszcze ze sobą.
2. Baza druga w regionie Emilia-Romania.
3. Baza trzecia w Toskanii.
4. Baza czwarta w Ligurii.
5. Baza piąta gdzieś w Alpach, między Mont Blanc a Matternhorn .
6. Powrót przez przełęcz Grossglockner + ewentualna baza szósta gdzieś w Austrii.

RZECZYWISTOŚĆ
Zrealizowane punkty 1-3 oraz 6; odpadły 4 i 5.

I PO KOLEI
FALSTART
Dzień przed wyjazdem Maja złamała rękę w nadgarstku. Nic bardzo poważnego, tyle że, niestety, rączka poszła w gips. To pierwsze złamanie małej. Nasz był stres, strach, nerwy. Jej ból i przerażenie.
Fajna lekarka w szpitalu utwierdziła nas w myśli, że ręka w gipsie nie powinna hamować przed wyjazdem. Doradziła wymianę zwykłego gipsu na syntetyczny, aby nie blokować dziecku wejść do morza. Po nałożeniu gipsu ból ustąpił, wrócił dobry humor. Wystarczyło kilkanaście godzin, żeby mała nauczyła się funkcjonować całkiem dobrze z usztywnioną rączką

DZIEŃ PIERWSZY
PLAŻA
Można powiedzieć, że jechaliśmy trochę w ciemno. Nigdy nie byliśmy w Ca’Savio, kemping znaleziony był w necie, mail od obsługi potwierdzał – przyjedźcie, miejsce jest; ale nie robiliśmy przelewu na rezerwację, bo nie chcieli; czy więc na pewno będzie OK? Czy jest miejsce? Kemping jest, bo widzieliśmy na Google maps, ale jak na nim jest faktycznie? Im bliżej byliśmy zakończenia kilkunastogodzinnej podróży tym częściej takie myśli mi się pojawiały w głowie. Milenę bolał brzuch, spała już ledwo, ledwo, Maja entuzjastycznie reagowała na to, co widzi za oknem budząc co jakiś czas młodszą siostrę; byliśmy po nieprzespanej nocy, spoceni i zmęczeni.
Kiedy podchodziłam do okienka recepcji z wydrukowanym mailem z rezerwacją sprzed kilku dni zastanawiałam się czy ktoś nie zrobił sobie z nas jaj i czy obsługa wie o co chodzi.
Kilkanaście sekund trwało, zanim pan z okienka przeczytał kartkę i wyskoczył z serdecznym: Witajcie! Wszystko jest przygotowane!
Uffff, jak mi ulżyło! :)
Wiedziałam, że zaraz odpoczniemy, wykąpiemy się, zjemy. Że nie musimy szukać innego noclegu; czułam, że jest ciepło, słonecznie, a miejsce jest piękne i przyjazne. Co za radość!
Pan z okienka wskoczył na rower i zaprowadził nas na nasz plac – pod drzewami, między kamperami. Z jednego domku prawie natychmiast wyczłapali lokatorzy na obczajkę (małżeństwo włoskich emerytów), z drugiego samotna, starsza Włoszka. Czułam, jak nas obserwują. Pewnie chętnie by zagadali, ale my nie znamy włoskiego :(



A teraz parę słów o campingu. Jest godny polecenia! Nazywa się Campeggio del Sole. Możecie go sprawdzić pod adresem:
Obsługa znakomita, warunki świetne. Do sanitariatów kilkadziesiąt kroków, do plaży jakieś 50 metrów. Sanitariaty co rano były szorowane. Osobno są prysznice, osobno toalety, osobno miejsce do mycia garów, jest pralka na monety. Camping jest zadbany – trawa koszona, liście grabione, jest ochrona i stróż nocny, brama jest zamykana w porze siesty i nocą.
Na campingu jest plac zabaw dla dzieci, są animacje, dyskoteki, boisko, ping-pong, wypożyczalnia rowerów i plażowych parasoli.
Alejka główna jest żwirkowa, wózkiem da się przejechać. Zejście na plażę – najpierw po drewnianym pomoście, więc luz, ale potem piaszczysto, więc tu da radę chyba tylko wózek ciągnięty na tylnych kołach :).
Ca’Savio jest prawie na końcu wąskiego i krótkiego półwyspu (chociaż nawet nie jestem do końca pewna czy to półwysep czy jedynie cypelek, kawałek lądu otoczony wodami). Żeby się tu dostać mijamy mega gwarne i pełne atrakcji miejscowości, m. in. bardzo popularną Lido di Jesolo. Im bliżej końca lądu tym spokojniej.



Wieczorem, w sezonie turystycznym, nawet to maleńkie Ca’Savio jest kolorowe, rozświetlone, gwarne i głośne. Jest i karuzela i stragany, i inne pierdółki. Jest też pizza. Nasza pierwsza, smakowita. Z szynką prosciutto i grillowanymi warzywami.

DZIEŃ DRUGI
PLAŻA

Za nami pierwsza noc w namiocie – dzieciaki sprawowały się wzorowo. Zasnęły, jakby były w swoich łóżkach. Spały spokojnie i mocno.
Majce starałam się, jeszcze przed wyjazdem opisać wszystko to, co przyszło mi do głowy, żeby zminimalizować szok pobytu na polu kempingowym. Chciałam, żeby była choć trochę przygotowana. I udało się. Mieszkanie w namiocie przyjęła całkiem naturalnie. Dzisiaj, kiedy ją pytam, co to jest namiot odpowiada, że to taki dom, z którym się chodzi jak ślimak albo żółw. No i ma dziecko rację.
Na kempie była dumna z samodzielności. Ponieważ mogła chodzić sama do sanitariatów, zaczęła odczuwać potrzebę załawiania się co najmniej raz na pół godziny :).
Milka miała fazę trzymania się mojej nogi i strachu, kiedy odchodziłam. Było to męczące i ograniczające, ale cóż… trudno.
W Ca’Savio plaża jest równa i szeroka. Cieszy piach i ciepła woda. Pięknych muszli jest bardzo dużo. W tych najpiękniejszych mieszkają syreny. A kiedy już nie mieszkają zostawiają je, żebyśmy je (te muszle) zabrali do domu (teria córki).















Lubię budować z piasku. Zamki, fosy, domy, zwierzęta - godzinami mogę się babrać w piachu. Kiedy na plaży coś się dzieje, pojawiają się dzieci. One chyba instynktownie wyczuwają, że będzie zabawa. Bariera językowa staje się małoważna. Ważne, że można tworzyć. A to łączy – mimo różnic językowych.
Tego dnia urządziliśmy sobie jeszcze długi spacer brzegiem morza. Z Ca’Savio doszliśmy do końca półwyspu i z powrotem.




Na kempie nie było nas prawie cały dzień. Zmęczeni słońcem, uchachani ruchem nad wodą, poszliśmy spać w komplecie zanim zrobiło się ciemno:).

DZIEŃ TRZECI
WENECJA

Dzień wcześniej słońce nas sponiewierało więc uznaliśmy, że bezpieczniej będzie zrobić sobie od niego przerwę i wybrać się już na zwiedzanie.
Wystarczy przepłynąć zatoczkę i będziemy w Wenecji. Szkoda zmarnować okazję przepłynięcia tam promem, prawda? (jeśli jest wśród Was ktoś z mocną chorobą morską to niech wie, że do Wenecji można się dostać też od strony lądu, gdzie kursują pociągi).






Promy odpływają z portu w miejscowości Punta Sabbioni. Nico z obsługi kempingu doradził nam kurs promem Marco Polo, który wychodzi najkorzystniej cenowo (podróż tam i z powrotem: rodzice po 9 euro, Majka 6 euro, Milka gratis). Do Punta Sabbioni kursują autobusy. Nam bardziej opłacało się jechać autem. Całodzienny parking tuż przy porcie kosztuje ok. 5 euro za cały dzień. Na prom da się wjechać wózkiem, można siedzieć pod dachem lub na otwartym, widokowym pięterku, wewnątrz jest toaleta. Podróż trwa ok. pół godziny.
















Wenecję widzieliśmy jakieś 10 lat temu. Nadal jest piękna :). Zobaczyć ją warto zawsze, ja bym chciała jeszcze w czasie zimowego karnawału oraz nocą. W lipcu czy sierpniu jest ekstremalnie zatłoczona, a z perspektywy wózka – jest straszna. Wszędzie, dosłownie wszędzie są mostki, schody bez podjazdów, brukowane uliczki, a więc dźwiganie, zadyszka i pot kapiący na oczy murowane. Także rodzice mobilni – nastawcie się, że lekko nie będzie.











Wiecie co Wam polecę? Szukajcie na witrynach sklepowych napisów Murano. Dlaczego? Bo to symbol szkła. Szkła z najwyższej półki, tak pięknego, że aż zatyka z wrażenia.
Murano to grupa kilku maleńkich wysp tuż obok Wenecji, wyglądających trochę jak dzielnica na jej obrzeżach. Wyrób szkła na niej to tradycja. Jak podaje koleżanka Wikipedia :) na Murano szkło wyrabia się od VIII wieku!
Artyzm, sztuka, kunszt – brakuje mi słów, żeby mądrze opisać te cudeńka.
Więc skoro tak sobie nie poradzę, po prostu powiem: musicie to zobaczyć! Zatrzymajcie się przed witryną sklepową i pooglądajcie szczegóły. Ja wymiękłam, kiedy zobaczyłam morskie zwierzęta w skali mikro, np. wieloryba wielkości maks 0,5 cm (sic!), białego, z fontanną błękitnej wody i czarnym okiem. Kiedy zobaczyłam orkiestrę symfoniczną w skali co najmniej 1:1000 to aż zapiszczałam. A baletnice w spódniczkach wyglądających, jakby faktycznie były tiulowe, po prostu mnie wzruszyły.












PS. Nie kupiłam sobie nic szklanego. 10 lat temu dostałam w Wenecji od męża kolczyki. Mam je nadal i są dla mnie na tyle cenne, że nic więcej nie chcę :). Na razie :). Może podczas następnego pobytu na coś się skuszę :).

DZIEŃ CZWARTY
SAN MARINO
San Marino – państwo w państwie, jak podaje autor w Wikipedii: "Repubblica di San Marino – państwo śródlądowe w Europie Południowej stanowiące enklawę na obszarze Włoch". Stolica kraju to San Marino.
Jedno z 3 najmniejszych państw w Europie położone jest na wzgórzu. Nie ma granic, sprawdzania dokumentów. Dojazd jest banalny, asfaltówka prowadzi pod zamki. Czytajcie oznaczenia i znaki pokazujące, gdzie można wjechać, a gdzie jest już zakaz. Parkingi są opisane, często z elektronicznymi licznikami informującymi o wolnych miejscach. Generalnie łatwo się poruszać, natkniecie się tu na wysoki standard obsługi turystycznej :).








Zamki zbudowane na wzgórzach, są udostępnione do zwiedzania, ale my – ze względu na ruchliwość i wiek naszych maluchów – zrezygnowaliśmy z tego.
Kto chce więcej poczytać o San Marino zapraszam na stronę:
Wyobraźcie sobie taką sytuację – ukrop, bo słońce praży, jest chyba sto stopni, zamkowy dziedziniec.
Snujemy się. W kąciku placu siedzi karykaturzysta i rysuje grafiki. Widzę, że małżonek kręci wokół niego rundki, zagląda, zerka. - Portrecik mu się marzy – myślę sobie. I co? Rzeczywiście, tyle, że całej rodziny. No i mamy pamiątkę z wakacji: wyglądamy na grafice jak rodzina Adamsów z horroru :).
Pod zamkiem, w budce, gdzie sprzedają perfumy Chanel nr 5 za 5 euro (w trójpaku Chanel nr 5 chodzi taniej, bo za 13 euro :)), można też kupić flagę San Marino. Bo jeszcze nie wiecie, ale Maja kolekcjonuje flagi (i jeszcze konie, monety i kamienie). Kupiła sobie ją „sama” mrucząc pod nosem z zawstydzeniem:
- Flag, please.
Sprzedawca nie słyszał wprawdzie co dziecko mówi, kiwał do mnie, o co chodzi, ale na szczęście Majce to nie przeszkadzało. Dumna była, że zrobiła swój pierwszy zakup. Po angielsku. Zajęcia językowe z Panią Anią z Musical Babies się przydały :).



















Przed wejściem na zamki są knajpki z obiadami i fast foodami. Powyżej są także kioski z pamiątkami.
Kto ma wenę na chodzenie może zejść do centrum miasta.
Kto kocha tańsze zakupy – wyłowi dla siebie, co trzeba. Sklepów bezcłowych jest sporo. Czy rzeczywiście towary są tańsze – nie wiem. Jakoś nie sprawdzałam, umknęło mi to :).







RIMINI

Sporo mam znajomych biegających. Bieganie zrobiło się modne i popularne, więc co rusz ktoś zaczyna, zmienia, zwiększa dystanse, poprawia czasy. Nasłucham się od nich opowieści takich, śmakich i owakich. Zdarzało mi się już – stojąc na mecie – kibicować.




Słyszałam od znajomych o emocjonujących startach zbiorowych, o organizatorach lepszych i gorszych, o trasach fajnych lub nudnych, ale jeszcze nie słyszałam, aby na czas biegu miasto nie było wyłączone z życia, drogi nie pozamykane, ruch nie sparaliżowany. Nie słyszałam, ale zobaczyłam na własne oczy. W Rimini właśnie. Środkiem deptaka, drogą dojazdową i drogą wylotową, między rowerzystami, pieszymi, turystami biegną zawodnicy.









Trochę mnie zszokowało, ale sposób myślenia w zasadzie mi się podoba. No bo skoro ktoś chce biegać czy ścigać się i robi to w ruchliwym mieście – niech nie zmusza niezainteresowanych do dostosowania się. Kwestii bezpieczeństwa nie poruszam, bo to nie czas i miejsce na to i nie tekst o bieganiu, a o włoskim miasteczku Rimini.












Stare miasto jest nieduże, do głównego placu prowadzą deptaki. Restauracje na świeżym powietrzu, zapachy warzyw, przypraw, mięsa, ryb, muzyka, rowerzyści, piesi, turyści. Nie jest tłoczno, jest przyjemnie. Jest na tyle fajnie, że mieliśmy dwie przerwy (na ławeczce i na schodach) na obserwacje ludzi.
Rimini jest idealne na popołudniowo-wieczorny, niespieszny spacerek.

Autoportret na wydrukowanej mapie :)
A z ciekawostek: wiecie, że w Rimini urodził się Federico Fellini? I w mieście jest muzeum poświęcone reżyserowi :).

DZIEŃ PIĄTY

Pierwsze zwijanie obozowiska zajęło nam 3,5 godziny (ze śniadaniem i porannym prysznicem); całkiem nieźle, choć na ostatnie (czwarte) wystarczyły ok. 2 godziny :).
Nie napisałam wcześniej, że mieszkaliśmy na Campeggio Riccardo. Kto zainteresowany sprawdzonym kempingiem, niech zerknie na stronę: http://www.campingriccardo.it/index.htm
Od morza - od bramy wejściowej - dzieliło nas tylko przejście przez jezdnię.
Na Campeggio Riccardo był tłok spowodowany głównie tym, że trafiliśmy na święto - tzw. różową noc, kiedy Włochy bawią się, tańczą, imprezują (obowiązkowy jest różowy kolor w stroju). Mnóstwo młodzieży przyjechało nad morze :). Właściciele (małżeństwo) są przemili i przyjaźnie nastawieni.
Tego dnia naszym celem było dostać się do Toskanii. Chcieliśmy zostać tam 3 doby i udało się.




















Wspominając to po już kilkunastu dniach śmiało powiem - Toskania nie rozczarowała. Mimo, że oglądaliśmy ją w przewodnikach turystycznych, że przewija się jako tło czy bohaterka filmów, że z internetu wylewają się jej zdjęcia, mimo że wielu znajomych tam było i chwalili się – to nadal wydaje się niezwykła.
Włosi mają cudowną umiejętność wyszukiwania i pokazywania piękna w prostocie. Toskania to po prostu widoczki. Piętrzą się pagórki, rzędy wzgórz małych i większych; dominuje zieleń i różne odcienie brązu. Na szczytach kamienne domy, daleko od drzwi wejściowych – bramy – a między nimi aleje smukłych, wąskich i wysokich drzew cyprysowych. Pocztówkowych krajobrazów jest całe mnóstwo.

Między nimi poprowadzone są drogi samochodowe. Zadbane, choć wąskie i bardzo kręte. Aby przejechać z miasta/miasteczka do miasta/miasteczka trzeba wystartować z reguły blisko poziomu 0 i wspiąć się na jakiś tysiąc, a potem zjechać w dół.
Tego pięknego piątego dnia podróży mieliśmy pierwsze zderzenie z zakrętasami – na trasie do Florencji, popularnej także wśród motocyklistów.
Żołądki naszych maluchów nie wytrzymały. Było gorąco, chwilę wcześniej zjadły owoce. Wymiotowały na prawo i lewo. Zatrzymywaliśmy się wielokrotnie, a przy tej trasie mało jest miejsc postojowych. Światła awaryjne na tak wąskiej i krętej drodze dawały złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę liczyliśmy, że kierowcy jadący za nami lub z naprzeciwka zdążą wyhamować.
Teraz, mając już świadomość jak kręta jest ta droga i jakie mogą być skutki jazdy – wybrałabym inną porę dnia, przed podróżą lekką dietkę i leki na chorobę lokomocyjną.

FLORENCJA














Pobytu we Florencji nie wspominam zbyt dobrze. Napatrzyliśmy się wprawdzie na przepiękną architekturę, ale stare miasto jest tak monumentalne, zapchane turystami i parzące gorącym słońcem, że – i tu się wyrażę patetycznie - tracisz dech, nie możesz oddychać, myśleć, idziesz jak robot i myślisz o zimnej wodzie, lodach i odpoczynku w cieniu.

















Florencja rozsadziła nas od środka. Dzieciaki były zmęczone, marudne i zgorzkniałe, złe na siebie nawzajem i na nas, my tryskaliśmy jadem do siebie i maluchów. Ja miałam kryzys, a córy wkurzyły mnie tak, że miałam ochotę wysłać je na osiedle do babci. Chciałam być sama, posiedzieć, napić się mrożonej kawy i w spokoju gapić się na ludzi, bez konieczności patrzenia pod stopy czy nie pęta się tam jakiś maluch, bez zmuszania się do mówienia i odpowiadania na pytania.


























Teraz, kiedy sobie przypominam ten dzień zastanawiam się po co mi były te złe emocje. Że przecież mogłam opanować się, rozbroić dzieciaki i bomba by nie wybuchła. Ale nie dałam rady. Gorąc mnie wtedy pokonał.
Florencja jest, moim zdaniem, trochę jak ta znana katedra z kopułą: z ambicjami na naj…. Największe, najpiękniejsze, najbogatsze. Nie będę Wam tu dawać opisów zabytków Florencji. Znajdziecie je w wielu dobrze opracowanych przewodnikach turystycznych.


























Jest tu co zwiedzać, jest gdzie się szwędać. Mapa, dobry przewodnik – są niezbędne. Pomysłów na Florencję też można mieć kilka: zwiedzanie miasta, zwiedzanie muzeów, wędrówka po restauracjach i trattoriach, sklepy z biżuterią to tylko niektóre moje podpowiedzi.
Jeśli tylko będziecie mieć możliwość wybierzcie się do Florencji w chłodny dzień i poza sezonem turystycznym, a jeśli w sezonie, to w sobotę lub w niedzielę. Stare miasto jest wyłączone z ruchu (dla wszystkich poza mieszkańcami, więc w weekendy, kiedy mało kto chodzi do pracy, jest nieco luźniej).
I jeszcze jedno: gdybym miała wymienić tu znane postaci związane z historią Florencji zrobiłaby się długa lista. Ale są nazwiska, których pominąć nie mogę:
Juliusz Cezar, Michał Anioł, Machiavelli, Galileusz, Dante Alighieri, Oriana Fallacci.






DZIEŃ SZÓSTY
Zainstalowani na www.campingcampodeifiori.it odetchnęliśmy jakoś spokojniej.
Nerwówka się ulotniła, dzieciaki się opamiętały, my zresztą też i zaczęliśmy funkcjonować normalnie, spokojniej. Kiedyś się śmialiśmy, że jadąc na wakacje w dwójkę potrzebujemy 3 dni, żeby przewaliły się sprawy codzienności wleczonej ze sobą i dopiero wtedy przychodzi zapomnienie, schodzi stres i zaczynamy myśleć jedynie o tym co zjeść, co zwiedzić, gdzie spać. W przypadku 4-osobowej rodziny ten czas trzeba – wygląda na to – pomnożyć :).
Kemping trafił nam się bardzo fajny. Duży, zacieniony, z dużą ilością wolnej przestrzeni wokół namiotu, ze sklepikiem na terenie campu, z placem zabaw. Do plaży mieliśmy niecały kilometr. Plaża już nie taka piaszczysta, ale woda piękna. Jednego dnia, tuż przed burzą, była cudownie turkusowa.

Kolorowanie według Milenki :)

PIZA
Klapnięta wieża  - tak Majcia ochrzciła krzywą wieżę w Pizie.
Kojarzycie takie zdjęcia z krzywą wieżą w tle, że ktoś stoi i ją podpiera? Oczywiście, myślałam: - Też takie chcę!
Ale mi się odechciało na miejscu. Wybuchnęłam śmiechem, jak zobaczyłam, że na łące przed wieżą, w różnych jej miejscach, gimnastykuje się tłum ludzi „podpierających” wieżę. Ta łąka, widziana z „lotu
ptaka” na pewno wygląda śmiesznie.
Poza tym: - Budyneczek niczego sobie, jak mówi koleżanka z pracy. Na pewno warto zobaczyć. I warto powłóczyć się po okolicy! Piza jest ładna!




















DZIEŃ SIÓDMY
LUKKA
Tam pojechaliśmy, bo poleciła ją Sylwia, przyjaciółka, która żyła we Włoszech kilka lat.
I to miasteczko okazało się moim hitem tych wojaży. Otoczone starym murem, małe, wąskie, klimatyczne, pełne zapachów, gwaru, muzyki, sztuki ulicznej. Uwielbiam jeździć na rowerze, więc zwróciłam uwagę na rowerzystów we Włoszech. Nie na to, że na rowerach jeżdżą tłumy Włochów, nie na to, że to cudne rowery miejskie, ale na kulturę jazdy. Rowerzysta na jezdni nie jest obtrąbiony przez kierowców, deptak jest dzielony przez pieszych i rowerzystów. Jedni na drugich zwracają uwagę, nikt nie czuje się panem drogi. Jest szacunek i ustępowanie miejsca.
Lukka jest pełna rowerzystów właśnie, zabytków, pięknych kolorów, dość wygodna do zwiedzania z dziecięcym wózkiem.
Mój the best!











































DZIEŃ ÓSMY
SIENA
Piękna jest trasa między Vada (baza naszego campingu) a Sieną! Ach! Prawie cały czas ciągną się pocztówkowe klimaty toskańskie, czyli miks pól, przestrzeni, krętych dróg, błękitnego nieba. Oczywiście chodzi o trasę poza autostradą!






















Sienę chcieliśmy zobaczyć też dzięki Sylwi, przyjaciółce. Opowiadała nie tylko o uroku miasta, ale także o wyścigach konnych na oklep, z których słynie Siena i która jest zdjęciami z tychże wyścigów oblepiona. Cudne fotografie wiszą w witrynkach przy uliczkach, są wystawione w galeriach, sklepach plastycznych i w suwenirach.



















Siena kojarzy mi się z miękkimi i ciepłymi barwami w różnych odcieniach brązu. Miasto jest duże, ale dzięki niezwykłej architekturze i zabudowaniu przestrzeni wielkość nie przytłacza. Jest tam to, co lubię i co tworzy wakacyjny, romantyczny klimat: wąskie uliczki, piękne kamienice, zabytki, restauracyjki, artystyczne sklepiki, galeryjki, lody, pizza, spritz i wino. Są przechadzający się niespiesznie turyści i mieszkańcy na zakupach. O wartości Sieny niech świadczy to, że znajduje się liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.
Jest jednak jeden minus i dotyczy wózkowiczów. Otóż wszystkie drogi starego miasta schodzą się w centralnym placu (duży i ładny Piazza del Campo), a Siena jest położona na wzgórzu.
Oznacza to tyle, że albo czeka was pchanie wózka pod baaaaaaardzo stromą uliczkę albo trzeba się wspinać po schodach. Nie ma też innego wyjścia, bo potem trzeba dostać się na dół :).





























Maja robi zdjęcie aparatem w smarftonie lcd (z guzika) :)























DZIEŃ DZIEWIĄTY
Rozpoczynamy drogę powrotną. Od tej chwili każdy kilometr przybliża nas do domu.
Obieramy kierunek Genua, gdzie mamy zarezerwowany camping (www.campingeuropaunita.it).

CINQUE TERRE
Naszym celem były wioseczki w górach, nad morzem, charakteryzujące się tęczowymi kolorami domów, a zwane Cinque Terre.

Po zjeździe z autostrady – za miastem La Spezia – zaczyna się wspinaczka. A jaki tam jest widok z góry!!!! Och i ach i jeszcze raz och i ach. Widok na morze i duży port, gdzie cumują nawet okręty wojskowe! Jak to obłędnie wygląda!!!





Cinque Terre to określenie dla 5 wiosek: Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza, Monterosso al Mare. Wioski są połączone asfaltową drogą, którą można przejść, przejechać autem lub pociągiem wsiadając i wysiadając na dowolnych stacjach. Bardzo popularny jest także trekking po górach. Fajny opis znajdziecie, np. tu: http://www.cinqueterre.pl/
Tak sobie chodziłam, patrzyłam i myślałam o jednym: jak ciężko mają ludzie tam żyjący. Maleńki domek dobudowany do pionowej skały, skraweczek ziemi – na nim i cytryny i karczochy, i kwiaty i jeszcze pasie się koza. Temperatura odczuwalna taka, że mam wrażenie, że się roztapiam.
Nie jest łatwo żyć w górach, nigdzie na świecie. A jednak są tacy, co chcą. To, że mieszkańcy wioseczek budowali swoje domy na skałach mogę tłumaczyć tylko miłością do świata i środowiska. Muszą żyć w zgodzie z otaczającą naturą – górami i morzem. Tak wielkie siły natury nie znoszą sprzeciwu człowieka. Włoska fantazja i miłość do życia objawiła się w tych tęczowych kolorach domków. I można się uśmiechnąć patrząc na nie. Naszym, turystów, obowiązkiem jest więc wesprzeć to życie. Zostawić trochę gotówki w sklepikach i trattoriach.
























Macie nosidełka dla niemowlaków? Jeśli tak, to przy zwiedzaniu wioseczek Cinque Terre korzystajcie z nich. Z wózkami jest tam źle i niewygodne, stromo, ciepło. Lekka rzeźnia :).
Mając w pamięci to, co stało się z żołądkami dziewczynek na trasie do Florencji decydujemy się – ten jeden, jedyny raz we Włoszech – na przejazd autostradą (odcinek La Spezia-Genua). Oszczędzimy czas i unikniemy choroby lokomocyjnej, bo jedyną alternatywą do autostrady jest kręta droga nad morzem. Ponoć piękna :)
No to ruszamy dalej.





















GENUA
Dojechaliśmy do starego portu (Porto Antico). Budzimy dzieci:
- Maja, idziemy oglądać delfiny.
Mają zszokowało, ale dzięki temu budzenie przebiegło sprawnie :). Zwiedzania oceanarium nie było w planach. Wyszło spontanicznie, kiedy Piotrek znalazł informację, że należy ono do największych w Europie.
Natychmiast nakręciliśmy się na zwiedzanie. Ciężko mi było utrzymać w tajemnicy przez kilka dni przed dziećmi gdzie je zabierzemy. Ale cieszę się, że wytrzymałam. Trafiło nam się cudownie. Nie dość, że przyjechaliśmy do oceanarium w środku tygodnia, to jeszcze w okresie, kiedy jest czynne aż do północy. Dzięki temu ruch turystyczny jest tak rozłożony, że w tym ogromnym kompleksie było w tym czasie jedynie kilka rodzin!



























Dzieci mogły sobie pozwolić na całkowicie spontaniczną reakcję. Nie baliśmy się, że się zgubią w tłumie, ich radosne piski nikomu nie przeszkadzały. Biegały, śmiały się, podziwiały – tak, jak potrafią – pełną parą.
Oceanarium jest klimatyzowane, więc jeśli wchodzicie tam z temperatury +30 miejcie w razie czego jakiś ciuszek odpowiedniejszy na +20. Korytarze są szerokie i dostosowane do wózków. Są windy. Toalety są wyposażone w przewijaki, jest restauracja, gdzie można poprosić o podgrzanie jedzenia dla niemowlaka. Generalnie opcja full wypas.
Oceanarium jest tak duże, że warto zarezerwować sobie nie mniej niż 2-3 godziny.
Świat morski, który jest w nim pokazany powala z nóg. Zobaczycie żyjątka raf koralowych, ryby, ośmiornice, foki, pingwiny, meduzy mniejsze od najmniejszego paznokietka mojej córci, rekiny i delfiny. Ja – choć tak bardzo chciałam zobaczyć delfiny i jestem pod wrażeniem tych zwierzątek, to jednak odejść nie mogłam od akwarium konika morskiego. A Majcię najbardziej zszokowała płaszczka, której tu można nawet dotknąć!











































Po wyjściu z Oceanarium zwiedzimy sobie ten cudowny genueński stary port, zobaczymy port nowy – największy w Europie (!), pojedziemy na kemp, rozbijemy namiot, a rano zwiedzimy sobie stare miasto – taki był plan.
Plan został zburzony. Przyszła taka burza i ulewa, że musieliśmy zrezygnować z poznawania miasta. Wizja rozbijania namiotu w deszczu i na mokrej nawierzchni nam się nie podobała. Więc jak staliśmy, tak zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy dalej :). Dziewczynki smacznie spały. Po drodze, nie wiem kompletnie gdzie, piliśmy najpyszniejszą kawę tych wakacji. W przydrożnym lokalu, gdzie zeszli się włoscy kumple, by oglądać mecz piłki nożnej, dostaliśmy napój tak gęsty, słodki, pachnący, taki na dwa łyki, a stawiający na nogi przed nocną podróżą. C-U-D-O-W-N-Y. Dla Milci wzięliśmy wodę na mleko, usłyszeliśmy wiele przyjaznych słów i pojechaliśmy dalej.
Nad ranem zrobiliśmy przerwę na parkingu dla turystów na kilkugodzinną drzemkę.

DZIEŃ DZIESIĄTY I JEDENASTY
Podróż, droga, asfalt, góry, jezioro, góry, kemping, prysznic, góry, podróż, obiad. Tak nam się ciągnęło przez ileś tam godzin, kiedy my podziwialiśmy krajobrazy, walczyliśmy ze snem, maluchy na zmianę spały i bawiły się.
Wymyśliliśmy sobie, że zobaczymy Mont Blanc i/albo Matternhorn. Niestety, nie udało się, bo nad szczytami zaległa taka chmura, że od kilku dni widać było tylko deszcz.
Ambitny mój małżonek przejechał za to przełęcz Grossglockner – widokową, alpejską trasą wysokogórską. Szczerze gratuluję, bo łatwo nie jest. 
Na Hochalpenstrasse – Grossglocknerstrasse do pokonania jest różnica wysokości (tak wyczytałam – 1500 m). Droga zaczyna się tak, gdzie są łąki, kwiaty i upał, a kończy, gdzie jest śnieg, lód i +2 stopnie.






















Zamieniamy więc klapki na buty górskie, sukienki na kurtki a kapelusze na czapki i podziwiamy.

Szczyty – najwyższy Grossglockner (3798 m) i kilka sąsiednich. Jemy zupkę schronisku, oglądamy wystawę. Potem wspinamy się jeszcze wyżej, by trafić na śnieg z deszczem i mgłę, a przy zjeżdżaniu na słońce i tęczę. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć czubek tęczy z góry :).

Jak mój mąż – kierowca – ogarnął przejazd przez przełęcz i podziwianie widoków – nie wiem. Ale jest zachwycony jednym i drugim :).


























 

DZIEŃ DWUNASTY
Salzburg
Przystanek na spanie i zwiedzanie. Austriackie miasto Mozarta. Duże, poukładane, zadbane miasto, które zwiedzasz słysząc muzykę klasyczną.












































PODSUMOWANIE
My, dorośli, mamy świadomość różnicy między codziennością, a wakacyjnym podróżowaniem. Maluchy jeszcze nie. Bałam się strasznie tego zderzenia.
Maja (lat 5) dostosowała się szybko. Wiedziała, że będziemy żyć inaczej, że będziemy się przemieszczać jak ślimaczki ze swoim domkiem. Milena (20 miesięcy) chyba przeżyła szok, ale ogólnie nie było źle.
Cały rok to my dostosowujemy rytm dnia do dzieci. Chcemy więc, by wakacje były nasze – rodziców. Chcieliśmy, by dzieci dopasowały się do nas. Plaża, gofry, karuzela, obiad, plaża, wódka wieczorem, kiedy dzieci śpią – to nie nasza filozofia. My chcemy jeść lokalnie, wyjść poza strefy turystyczne, olać świecidełka na straganach, co wcale nie jest łatwe. Na co dzień córa jest przesiąknięta kolekcjami bajkowych postaci, wmawianą przez reklamy wartością w batonach. Jej gust kształtuje społeczność przedszkolna a korygują rodzice w domu. Dziecko, które uchodzi za pomysłowe, w aucie dostało wścieklizny, bo nie było bajki na dvd. Ale do czasu. Bo po kilku dniach obserwowaliśmy,  kiedy zaczynała się z niej wyłaniać prawdziwa kreatywność. Kiedy robiła rzeczy zaskakujące nas. Kiedy strzelaliśmy karpia i aż się wzruszaliśmy, jakie niezwykłości potrafi wymyślić. Po kilku dniach zapomniała o dvd. Żyła wakacjami.






INFORMACJE PRAKTYCZNE
NASZA TRASA


SPANIE
Szukaliśmy miejsc do spania na polach kempingowych. Wyznaczyliśmy sobie nasz prywatny standard. Chcieliśmy, żeby nasz all’inclusive zawierał dostęp do elektryczności, ciepłą wodę i wi-fi. Mały namiot był centrum cygańskiego obozowiska. Nie mieściliśmy się z betami, wokół walało się mnóstwo drobiazgów mniejszych i większych, dzieci potykały się o kabelki, jadły śniadanie na trawie. Wizualnie nie było pięknie, ale nie zamieniłabym go na żaden klimatyzowany hotel. Dzieci w domu bawią się w wycieczkę na pole namiotowe :). To świadczy o tym, że im się bardzo podobało.
Szukając noclegów korzystałam ze strony http://www.camping.it/
Niby ma swój polski odpowiednik, ale nie polecam, bo bardzo często poza głównymi informacjami reszta nie jest przetłumaczona. Dużo lepiej zrobiona jest wersja anglojęzyczna.
Przed podróżą w kolejny rejon przygotowywałam bazę adresową i słałam maila – o tej samej treści do wszystkich, podając czego szukamy i w jakim terminie. Po otrzymaniu odpowiedzi wybieraliśmy co nam odpowiada najbardziej.

JEDZENIE
Dzieci zajadały się słynnymi włoskimi lodami, my pizzą, szynką, warzywami, serami, winem. Wiem, że to włoska klasyka i nie piszę nic oryginalnego, ale, jak się to mówi, lepszy rydz nic nic :). A nowy smak, który poznałam to focaccia z oliwkami, kaparami i papryką oraz aperitif Spritz – bardzo znany w północnych Włoszech, podawany we wszystkich knajpkach drink w soczystym, pomarańczowym kolorze będący mieszanką likieru Aperol, wina Prosecco i wody, serwowany z kostkami lodu i plasterkiem pomarańczy.

NIEMOWLAKI
Wydaje mi się, że jeśli karmisz dziecko piersią zawsze znajdziesz ustronne miejsce, aby dać maluszkowi jeść. Pamiętaj, żeby mieć jakąś większą pieluszkę flanelową lub tetrową albo inny kawałek bawełnianego materiału, aby okryć siebie i maluszka i dać mu się spokojnie najeść.
Nie wyobrażam sobie, że Włoch mógłby odmówić podgrzania wody do rozpuszczenia mleka w proszku albo podgrzania papki ze słoiczka.
We Włoszech nie jest najlepiej z toaletami. Przewijaków raczej nie ma co szukać, szerokich pomieszczeń też. Na czas podróżowania i zwiedzania warto mieć w podręcznej torbie zestaw awaryjny do przebierania w warunkach szkodliwych :), np. zapas mat (jednorazowych do rozłożenia na podłodze albo desce klozetowej), zapas chusteczek nawilżanych, wodę w buteleczce do umycia rąk, środek dezynfekcyjny, ciepłą wodę w termosiku do rozrobienia mleka w proszku.
Na kempingach tylko raz widziałam specjalną wanienkę do mycia niemowlaków. Jeśli masz bajtla, który nie jest myty pod prysznicem, na wyjazdach sprawdza się kąpiel w dmuchanym baseniku, który można wykorzystać także do zabawy na plaży.

PARKINGI W MIASTACH
Godzina kosztowała nas różnie – średnio jakieś 2 euro. Musicie mieć przy sobie drobniaki, bo za parkingi płaci się w automatach.

CAMPINGOWY NIEZBĘDNIK:
- konektor (adapter do prądu);
- sznurek na pranie i klamerki, płyn do płukania tkanin;
- plastikowa, duża miska, wiaderko, skrzynka – cokolwiek plastikowego lub silikonowego, w czym można przenosić gary do mycia;
- środki na komary (spryskiwacze, świeczki waniliowe); środki na mrówki;
- palnik gazowy lub turystyczna kuchenka elektryczna (dwupalnikowa);
- lodówka turystyczna;
- lampka do namiotu i oświetlenie na zewnątrz;
- krzesłka, stolik;
- naczynia (miseczki, półmiski, kubki) – sprawdza się melamina lub coś podobnego – jest lekka, nie tłucze się, przyjmie ciepłe i zimne;
- plastikowe pojemniczki do przechowywania żywności;
- woreczki;
- Włosi podróżują z małymi koszami do segregowania śmieci – ze względu na obowiązujący podział odpadów i miotełkami do wymiatania wszędobylskiego piachu;

Macie pytania? Chcecie wiedzieć więcej? Piszcie do nas :).

Tekst (prawie cały): Agnieszka Zakrzewska Sztuczka
Foto (w większości): Piotr Sztuczka
Rysunki (wyłączność): Maja Sztuczka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz