niedziela, 28 czerwca 2015

Wiedeń - miasto bez wad


Mam Wam do polecenia miasto baaaardzo wygodne do zwiedzania z dziećmi. Miasto czytelne,  przejrzyste, zorganizowane, w którym nie dobijają utrudnienia architektoniczne. Miasto historyczne. Na imię mu Wiedeń.

Prater, wesołe miasteczko. Gwarne, kolorowe, tłumne, pełne pisków, krzyków i emocji miejsce. Od niego właśnie zaczęliśmy nasze poznawanie stolicy Austrii. Od miejsca, gdzie śmialiśmy się dużo, baliśmy trochę, gdzie zachwyciliśmy się widokiem miasta z góry.
 


Skąd taki wybór? Ano stąd, że do Wiednia jechaliśmy autem, co zajęło nam kilka godzin – niby niedużo, ale doliczając do tego przedwyjazdową codzienną gonitwę, a po podróży jeszcze rozpakowywanie bambetli i przygotowanie obiadu – wystarczyło, by wzięło nas takie osłabienie, na które mocna kawa jest tylko krótkim lekarstwem. Serio, nie chciało nam się już robić rekonesansu na starym mieście. Jedyną rzeczą, która wszystkim skutecznie mogła podnieść ciśnienie był Prater.
- Ja na niczym nie jeżdżę, nie chcę, boję się – zastrzegła Maja w bramie wejściowej na widok masy kręcących się urządzeń.
He, he, jak typowa baba zmieniła zdanie, gdy tylko stanęliśmy przed pierwszą kolejką górską . – Ale tą chcę jechać! – wrzeszczała z radości.
Ech, to moje małe, dzielne dziewczątko. Gubię się czasami w jej ocenie zagrożenia, niebezpieczeństwa i strachu.


Prater jest świetny na spędzenie ciepłego popołudnia i wieczoru. Nam udało się być z rodzinką, więc takie rozwiązanie jest świetne: ktoś zostaje z maluchami na dole, a ten, kto idzie na górę ma towarzystwo. Atrakcji, oczywiście, całe mnóstwo. I dla dzieci o wzroście metr w kapeluszu i dla takich sięgających mi do szyi, i dla starych koni. I to serio tylko dla odważnych starszych państwa. Rollercoastery takie, że mnie nogi składały się od samego patrzenia, a odważni przed wejściem ludzie schodzili bladzi. Wagoniki jadące w tempie takim, że pasażer się rozmywa. Wyrzutnie. Krzesełka kręcące się 40 metrów nad ziemią.










 
Ja zaliczam się do mięczaków, więc to mnie przypadł zaszczyt kręcenia się w kółko różowym samochodzikiem jako bodyguard Milenki. Piszczała wprawdzie jeszcze na widok orki bujającej się strasznie długo góra, dół, góra, dół, góra, dół, ale na szczęście (dla mnie) okazało się, że obiekt był dozwolony dla dzieci od lat 3. I skrupulatnie z tego przepisu skorzystałam :)
Generalnie Prater polecam, polecam, polecam!
 



Kolejny dzień z przyjemnością przeznaczyliśmy na stare miasto.




 
 
 
 
 

Biorąc pod uwagę rozkład zabytkowych obiektów opracowaliśmy sobie trasę – trochę chodzenia, trochę jazdy metrem, trochę parków, w których chowaliśmy się przed słońcem i studziliśmy głowy. Nieodłączna towarzyszka miejskich wypraw Majci – hulajnoga – znów spisała się doskonale. W Wiedniu jest gdzie się rozpędzić. Są piękne place z wyłączonym ruchem samochodowym, szerokie alejki i chodniki.


Planując poznawanie miasta przekopałam internet. Mąż zostawił mi wolną rękę, nie wypowiadał (widział Wiedeń już kilka razy). Wiedziałam, że moją zbyt długą listę miejsc do zobaczenia będziemy ostro ciąć, ale wierzcie mi – uwielbiam przygotowania do wyjazdów. Do tego, że grzebiąc w info google i przeglądając zdjęcia w grafice wydaje mi się, że przecież prawie znam miasto. Że w zasadzie po co tam jadę. No nie umiem, nie potrafię postawić sobie szlabanu – stop – więcej nie czytasz, nie szukasz. Otwieram arkusz i wklejam, wklejam, wklejam, a drukarka wypluwa i wypluwa. Powstają nasze rodzinne przewodniki. Uwielbiam to wyobrażenie z czasu przygotowań zderzające się z rzeczywistością. I zawsze budzące jakieś uczucia – pozytywne, negatywne, nieważne, ważne dla mnie, że emocjonalne.








Mimo długiej listy nie mieliśmy strasznego parcia na zobaczenie wszystkich sztandarowych zabytków Wiednia. Chodziło nam raczej o dobrą zabawę dzieci, przyjemność dla nich.


Nie chciało mi się stać w kolejce do wyjścia na szczyt wieży katedry św. Szczepana (Stephansdom)

i rozwalał mnie smród odchodów z końskich dorożek więc po prostu szybko uciekliśmy z głównego placu miasta (Stephanplatz). 



Całkiem niespodziewanie sporo czasu spędziliśmy przed ratuszem (Rathaus), kiedy okazało się, że licząca chyba z setkę muzyków orkiestra dęta, prowadzona przez przeuroczego, dowcipnego dyrygenta, miała próbę. Dziewczynki zachwycone słuchały, słuchały i słuchały.









Hitem tego dnia było Muzeum Historii Naturalnej (Naturhistorisches Museum),
z ruszającym się, naturalnych rozmiarów, dinozaurem, mnóstwem urządzeń, którymi można ruszać, by wydarzyło się coś ciekawego – a to ziemia się kręci, a to wulkan wybucha, z to iskra przeskakuje.
























Urocze popołudnie i wieczór kolejnego dnia spędziliśmy szukając atrakcji kulturalnych w terenie – muzyki, spektakli, happeningów. Sporo dzieje się w Dzielnicy Muzeów (MuseumsQuartier Wien)






 













Szczerze mówiąc Wiedeń nie kojarzył mi się z żadnym specyfikiem kulinarnym, który smakowałby mi w tak upalny czas, jaki tam spędziliśmy. I super, bo spotkała mnie niespodzianka. Zamówiłam sobie bezalkoholowy napój Crodino, za jego piękny pomarańczowy kolor, przypominający mi ulubiony drink Spritz. I tak! Z Crodino kojarzy mi się już Wiedeń wiosną! Co za wspaniały gorzki, orzeźwiający smak :).
Informacje praktyczne:
Ponieważ na wyjazdach to szanowny małżonek planuje trasy i liczy euro znalazł ten mój sprytny mąż świetne rozwiązanie na parkowanie: Park and ride. Są to olbrzymie, często wielopoziomowe, garaże w pobliżu stacji metra. Cena za dzień: 3,40 euro. Wiecie co, aż mi się wierzyć nie chciało. Bywały już miasta, gdzie za dzień parkowania płaciliśmy 20 euro, a kwota 3,40 euro to wiecie – w Zakopanem drożej :). Ważne: zabierzcie ze sobą ten bilecik, który pobierzecie przy rejestracji. On jest potrzebny do otwarcia drzwi wejściowych przy powrocie do garażu. Jeśli jednak, zdarzy Wam się (jak nam :)) zostawić go w aucie – przy drzwiach wejściowych do garażu są domofony do ochrony. Dzwońcie śmiało :).

Automaty do biletów w metrze – miejcie przy sobie kasę drobniejszą. Maszyny nie przyjmują banknotów o nominale 50 euro. Inaczej czeka Was żebraczka o rozmienienie :).

Do metra  (U-Bahn) dziecko do 6 lat wsiada za darmo. Metra dla wózkowiczów są pierwszorzędne – szerokie schody i przejścia, windy. Korzystajcie śmiało.

Po mapy miasta możecie podjeść do jakiegoś hotelu w centrum. Nie musicie w tym celu szukać punktu informacji turystycznej. Mapkę możecie też pobrać ze strony.

Zabytki, atrakcje Wiednia, warto zobaczyć, m.in. Katedra św. Szczepana (Stephansdom), Ratusz (Rathaus), Teatr Zamkowy (Burgtheater), Parlament, Dzielnica Muzeów (MuseumQuartier), Muzeum Historii Naturalnej (Naturhistorisches Musem), Muzeum Historii Sztuki (Kunsthistorisches Museum), Pałac Hofburg, Muzeum i Galeria Albertina, Pawilon motyli (Schmetterlinghaus), Opera (Oper), Zamek Belweder (Belvedere), Pałac Schoenbrunn (Schloss Schoenbrunn), Kościół św. Ruperta (Ruprechtskirche), Kosciół św. Karola Boromeusza (Karlskirche), kompleks mieszkalny Hundertwasserhaus.

Moje dziewczynki chciałabym w Wiedniu zabrać jeszcze do tych miejsc:
Dom Mozarta (Mozarthaus), Dom muzyki (Haus der Musik), Muzeum dla dzieci (Zoom), przejażdżka tramwajem (Ring Tram), Motylarnia (Schmetterlinghaus), Wyspa na Dunaju, trasa dla dzieci w Pałacu Schoenbrunn.
Wiedeńskie  muzea państwowe oferują wstęp wolny dla dzieci i młodzieży do 19 roku życia. Ich  lista jest tak długa, że weekend zwiedzania nie wystarczy.
Szczególnie zainteresowały mnie Muzeum Globusów, MuMok, Muzeum Techniki i Muzeum Zegarów.
Tekst: Agnieszka Zakrzewska Sztuczka
Foto: Piotr Sztuczka
Rysunek: Maja Sztuczka