czwartek, 7 maja 2015

Słowacja i zamek orawski



Zamek orawski (Oravsky hrad) jest po prostu idealny. Dlaczego? Bo doskonale wpasowany w okolicę, region i historię.










Na stronie internetowej i w folderach jest reklamowany jako jeden z najpiękniejszych na Słowacji. Słowo dość pojemne, nie uważacie?
Piękne mówi się o zamkach nad Loarą, w Bawarii, Hiszpanii. Dla Mai oznacza ono: różową, bajkową budowlę zamieszkaną przez księżniczki.
Ja bym tego orawskiego pięknym nie nazwała. Mnie się jednak bardzo podobał. Uważam, że harmonijnie zgrywa się z otoczeniem. Monumentalna, bogata twierdza wyglądałaby tutaj jak baba na szpilkach w wysokich górach albo tiule i złoto na pogrzebie. Trzeba wiedzieć w jakiej bajce się gra. Słowak to przecież nasz sąsiad – nie bogaty i nie właściciel połowy Europy. Ma co ma, nie przesadza. I dzięki temu jest OK.
Turystycznie – mówię wielkie TAK. Oravsky hrad to fajna miejscówka na kilkugodzinny wypad.
Odsyłam Was do strony internetowej opiekunów, gdzie poczytacie o historii zamku (strona ma polski odpowiednik). W skrócie powiem Wam, że jego początki to pierwsza połowa XIII w. Był w rękach Polaków, Węgrów, Habsburgów. Zbudowany na 112 metrowej skale nad rzeką Orawą jest punktem widokowym na ziemię orawską i Tatry.



W okolicy zamku jest kilka parkingów (w sezonie średnim płaciliśmy 3,5 euro). Bilety kupujecie jeszcze przed wejściem na zamkowy podjazd - w punkcie informacji turystycznej (szukajcie przeszklonego punktu po lewej stronie szlabanu). Zamek zwiedza się tylko z przewodnikiem, więc musi zebrać się odpowiednia liczba turystów. Przewodnika obcojęzycznego dla grupy rezerwuje się co najmniej kilka dni wcześniej. My weszliśmy ze Słowaczką – co udało nam się zrozumieć to nasze – resztę doczytaliśmy. 









Jeśli dacie radę zorganizujcie ten wypad w dzień którejś z otwartych imprez (wykaz macie na stronie). Co to za frajda dla dzieciaków! Księżniczki spacerują po dziedzińcu (to prawdziwe wojowniczki – w upale w takich ciężkich szmatach!), lajkoniki brykają, paziowie zabawiają tłum. Maja i Milka chichrały na kukiełkowym przedstawieniu. Słoneczko, świeże powietrze, maluchy zachwycone, czujecie klimat?





Jest co zjeść – w sprzedaży i placki pieczone na piecu i słodkie wafelki karmelowe, winko się leje, budek z rękodziełem sporo, twórców także, jest wesoło i jarmarcznie (nie odpustowo! – nie było tandetnych świecidełek, baloników z helem, pierścionków i pistoletów). Średniowieczne otoczenie otoczeniem, ale pamiętajcie, aby mieć parę euro na wydatki. Dzieci nie dadzą wam przejść przez stragany obojętnie :).
 




Na wejście naszej grupy czekaliśmy 40 minut. Tak sobie myślę, że gdyby trafił się Wam bardzo zawalony turystami dzień możecie zwiedzanie odłożyć na późne popołudnie. A mając już bilety w kieszeni polecam kilkugodzinne poznawanie okolicy. Możecie cofnąć się o jakieś 20 km i zabrać dzieciaki na przejażdżkę orawską kolejką leśną (wiecie – ciuchcia, dym, odkryte wagoniki – jest czad) – szczegóły macie tu.
Przewodniczka przeprowadziła naszą grupę przez kilka sal tematycznych, abyśmy mogli zobaczyć poszczególne etapy historii zamku. Zwiedzanie szło dość szybko – zamiast przewidzianych 2 godzin – trwało niecałe 1,5. Sala – schody w górę – sala – schody w górę – sala i tak aż na szczyt.






Maja jest tak ciekawska, że zainteresuje się wszystkim – zbroją, armatą, obrazem, freskami. Nie byłam pewna Mileny (lat 2,5). Jeszcze rok temu takie zwiedzanie wyglądałoby tak, że nie zeszłaby z moich rąk i męczyłabym się nosząc ją. Tym razem dzielnie maszerowała po schodach (tarasowałyśmy przejście koncertowo :) ), znajdowałam jej różne ciekawostki – a to biedronkę na oknie, a to pajączka, a to skoki ze stopnia. Acha – przewodniczka prosiła, aby nie jeść i nie pić. Hamburgerów nie wcinaliśmy, coli nie siorbaliśmy. Zadziałała jednak potrzeba wyższa – matka dba o dobre samopoczucie dzieci – i w chwili kryzysu wyciąga z kieszeni mamby. Gumy poprawiły humory :). Usprawiedliwiam się: papierki trafiły do plecaków, nie na podłogę :)

































Kiedy przechodzenie z sali do sali stawało się monotonne, weszliśmy akurat na ekspozycję przyrodniczą – zwierzątka są wypchane wprawdzie i za szybą, ale dziewczynom się podoba! Widzą niedźwiedzie, wilki, lisy, ryś i inne mniejsze stworki leśne (zwierzaki nie są wzięte ot tak, od czapy, aby było atrakcyjniej, ale to oryginały występujące w orawskich lasach).





Lubię miejsca, gdzie dzieci mogą dotykać, sprawdzać, siadać, obracać. Tutaj, niestety, jest zakaz zabawy. Eksponaty są na pokaz.
Jak oceniam zwiedzanie tego zamku pod kątem dzieci? W środku nie widziałam toalety więc albo pielucha albo porządne siusianie przed wejściem są konieczne. Wózkowicze – sorry, nie przejdziecie. Nie ma opcji. Zablokujecie przejście, umordujecie się nieziemsko. To nie ma sensu.
Nosidła z przodu – jeśli mamusiu/tatusiu dobrze trzymasz równowagę na stromych schodach – idź, spoko. Nosidła turystyczne, na plecy – dadzą radę, nie ma mega wąskich przejść, nie trzeba chodzić na kolanach :)
Temperatura – mury są zimne, więc niższa. Konieczne jakieś cienkie bluzy/kurteczki, nawet gdy na zewnątrz upał. Są przeciągi więc jeśli macie wrażliwe na to dzieci przydadzą się czapeczki czy kaptury.
PS.
Kochamy pikniki. Tam znów nam się udało jeść pod chmurką :)




Informacje praktyczne:
Zamek orawski to okolice Dolnego Kubina. Jadąc od strony województwa śląskiego można przejechać przez granicę zarówno w Korbielowie, jak i Ujsołach. Odległość od granicy do celu jest podobna, stan dróg także.  Jadąc od Małopolski wjedziecie na Słowację przez Chyżne albo Chochołów.
Cennik: Dorosły 5 euro, dziecko do 6 lat (6-latek też) za darmo.
Foto: 3 euro, kamera: 5 euro.

Tekst: Agnieszka Zakrzewska Sztuczka
Foto: Piotr Sztuczka